default_mobilelogo

Spis treści

"Botzinah De'Nehorah" - Rabbi Baruch of Mezhibuz

Była pierwsza noc święta Chanuka. Na zewnętrz panowała śnieżna burza, wewnątrz było ciepło i bezpiecznie. Rabi Baruch z Międzyborza, prawnuk Baal Szem Towa, stał przed menorą w otoczeniu swoich chasydów. Wypowiedział błogosławieństwa z wielka gorliwością i zapalił jedną, jedyną świeczkę, która przypadała na tę noc, umieścił szamesa (świeczkę służącą do zapalania) w przypisanym dla niego miejscu i zaczął śpiewać „Te światła, które zapalamy”. Z jego twarzy biła świętość i radość, budząc podziw wśród zgromadzonych chasydów.
Światło świecy paliło się mocnym płomieniem. Rebe i chasydzi usiedli w pobliżu i zaczęli śpiewać „Maoz Cur” („Potężna skało”) oraz inne pieśni chanukowe. Tymczasem płomień świeczki zaczął przygasać i chwiać się, chociaż w pokoju nie było żadnego przeciągu, wszystkie okna i drzwi były zamknięte. Wyglądało, jakby płomień walczył albo tańczył, aż wreszcie całkiem zniknął.
Zniknął, a nie zgasł! Nie pojawił się żadem dym, po prostu więcej go tam nie było. Jakby po prostu gdzieś odleciał. Rebbe siedział pogrążony w myślach. Któryś ze zgromadzonych powstał, by po raz wtóry odpalić świeczkę, ale Rebe gestem powstrzymał go. Zwrócił się do chasydów żeby kontynuowali śpiew. Chasydzi śpiewali różne niguny, a Rebe co jakiś czas przerywał im, by wygłosić krótką przypowieść lub komentarz do Tory. Wieczór trwał w najlepsze, tak że nikt nie zwracał już uwagi na nie płonącą świeczkę.
Zbliżała się północ, kiedy usłyszano dźwięk sań zajeżdżających na podwórze, a dźwięk kroków na śniegu zburzył panujący spokój. Drzwi otworzyły się gwałtownie i do izby wkroczył chasyd, który mieszkał w odległej wiosce. Wyglądał przerażająco. Jego ubranie było podarte i brudne, twarz miał opuchniętą i zakrwawioną, ale w przeciwieństwie do jego wyglądu, z jego oczu biła radość.
Usiadł przy stole. Wszyscy zebrani wpatrywali się w niego ze zdumieniem, a on zaczął opowiadać: „Już niejeden raz jechałem do Międzyborza leśnym szlakiem. Znam tę drogę jak własną kieszeń. Jednak przez cały ostatni tydzień panowała straszliwa burza śnieżna, która opóźniała mój wyjazd. Zacząłem się bać, że nie zdążę dojechać tutaj, do mojego Rebe na pierwszą świeczkę. Te myśli tak mnie dręczyły, że postanowiłem nie czekać dłużej na koniec burzy, ale jechać dzień i noc, aby dojechać na czas. To nie był najmądrzejszy pomysł, muszę przyznać. Ale nie zdawałem sobie z tego spawy dopóki nie było za późno.
Ostatniej nocy wpadłem w ręce bandytów, którzy wielce ucieszyli się, że mnie złapali. Stwierdzili, że skoro podróżuję w taką pogodę, muszę być bardzo bogatym kupcem, który jedzie ubić wielki interes i z pewnością nie mogąc czekać dłużej, zdecydował się wybrać w taką pogodę. I że na pewno mam przy sobie dużą sumę pieniędzy.
Próbowałem im wyjaśnić, że są w błędzie, ale nie chcieli uwierzyć. Przejęli wodze mojego konia, wskoczyli na sanie i zawieźli mnie do herszta, aby ten zadecydował o moim dalszym losie.
Czekając na przybycie herszta zaczęli mnie przesłuchiwać, zadawać dokładne pytania dokąd i po co jadę, przeszukali dokładnie sanie, bili mnie, starając się wydobyć ode mnie miejsce schowania pieniędzy. Nie mogłem im powiedzieć niczego poza prawdą, ale w nią nie chcieli uwierzyć.
Po wielu godzinach przesłuchań związali mnie i poranionego wrzucili do piwnicy. Krwawiłem, byłem wykończony i wszystko mnie bolało. Przeleżałem tam aż do wieczora, kiedy nadjechał ich szef.
Najlepiej jak potrafiłem starałem się opisać mu, jak ważne jest dla mnie bycie razem z Rebe w pierwszy chanukowy wieczór i że właśnie z tego powodu zdecydowałem się wyruszyć w drogę mimo tak złej pogody.
Albo moje słowa zrobiły na nim wrażenie, albo zlitował się nad moim stanem, dość, że dzięki Bogu, uwolnił mnie z więzów mówiąc:
„Wygląda na to, że twoja wiara w Boga jest bardzo silna, a pragnienie bycia z twoim Rebe bardzo żarliwe. Teraz przekonamy się czy to jest prawdą. Zamierzam cię puścić, ale musisz wiedzieć, że droga, którą zamierzasz przebyć jest wyjątkowo niebezpieczna. Nawet najtwardsi ludzie nigdy nie zaryzykowali samotnej przeprawy przez las. Jeśli już, to w grupie i nie w taką pogodę jak dzisiaj. Możesz spróbować. Jeżeli uda ci się przejść cało, jeżeli nie zostaniesz pożarty przez wygłodniałe, dzikie zwierzęta albo inne bestie, wtedy ja rozwiążę swoją bandę i zacznę nowe życie.Jeżeli uda ci się dotrzeć do miasta, wrzuć chustę do dziury koło drogi, obok drogowskazu. Jeden z moich ludzi będzie czekał i przekaże mi wiadomość, czy ci się udało.”
Przeraziłem się. To czego dotychczas doświadczyłem, już wystarczająco mną wstrząsnęło, a teraz jeszcze straszniejsze rzeczy miały mnie czekać. Ale kiedy pomyślałem, jak cudownie jest być z moim Rebe, kiedy nadchodzi czas zapalania menory, zebrałem się w sobie i postanowiłem nie ociągać się ani minuty. Zwrócono mi konia oraz sanie i odesłano w drogę.
Wkoło było zupełnie ciemno. Słyszałem głosy dzikich zwierząt, które było bardzo blisko. Bałem się, że otoczyły mnie wygłodniałe wilki. Starałem się poganiać konia, ale on zatrzymał się i za nic nie chciał ruszyć w otaczającą nas ciemność. Biłem go, ale on ani drgnął.
Nie wiedziałem co robić. Byłem zrozpaczony. Nagle, małe światełko zamigotało przede mną, tuż przed saniami. Koń ruszył, podążając w jego kierunku. Światełko zaczęło się oddalać, a my podążaliśmy za nim. Przez całą drogę dzikie zwierzęta uciekały przed nami jakby w strachu przed tym małym, migoczącym światełkiem.
I tak, prowadzeni przez płomyk, dotarliśmy do miasta. Dotrzymałem słowa i zostawiłem chustę w wyznaczonym miejscu. Kto wie, może okrutni bandyci zmienią swoje życie przez jedno małe światełko?”
Dopiero po tych słowach przybysza chasydzi zauważyli, że świeczka chanukowa, którą zapalał Rebe znowu pali się, a jej płomień jest silny i mocny jakby dopiero co został zapalony.
Niech zasługi cadyka Rabiego Barucha z Międzyborza chronią nas. Amen

Rabi Baruch z Międzyborza urodził się w 1753 roku zmarł w 1811 roku.Był synem córki Baal Szem Towa i jej męża Rabi Jechiela Aszkenazi. Był wybitnym Rebe z generacji uczniów wielkiego Magida z Międzyrzecza.

Kontakt

        

Fundacja im. prof. Mojżesza Schorra

ul. Twarda 6
00-105 Warszawa
tel.: 22 620 34 96
email: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.l
KRS: 0000184858
Nr konta bankowego: 04124010241111001005772107